Półmetek tego całego rabanu zwanego maturą właśnie obściskuje mnie z każdej strony. Bo chciało by się powiedzieć: “uff, połowa już odwalona”, ale zaraz wrodzony pesymizm karze myśleć, że to dopiero połowa, że te trzy kolejne egzaminy mogą w proch obrócić stres i wysiłek tych poprzednich. Ale podobno brnąć trzeba przed siebie bez względu na to, co dzieje się wokół nas. Trzeba akceptować zmiany, ale, co ważniejsze – samemu je wprowadzać, żeby potem nieświadomie nie zabrnąć aż w lepkie błoto tarapatów.
Tak więc szał zmian i zamiar przeczytania niemalże trzystu stronicowej książki w dwa dni ( owszem, o Stachurze, więc ciekawa, ale metafizyka nie ma szans, jeśli ciało, choć nafaszerowane kofeiną, zaczyna odmawiać poprawnego funkcjonowania ), tak więc ten właśnie szał zmian powolutku zaczyna przyprawiać mnie o vertige, jednak perspektywa pracy ( choć nie do końca satysfakcjonującej ), jednak pracy, która pozwoli zamieszkać nam razem, bierze górę nad tym całym błotem.
Maturą.
Kompleksami.
Akwizycją telefoniczną.
Brakiem wakacji.
I wszystkim innym, co przeklnę jeszcze w czasie tej wędrówki do śmierci. Bo i ja, jak chyba każdy z nas, ze średniowiecza wyniosłam nie tylko to, o czym piszą traktaty i encyklopedie, ale też ułamek genu homo viator.
No cóż, trzeba chyba pozwolić, by ten skorpionsowski wind of change powiał też w naszych głowach.

***
A na koniec wiersz na pamięć naszego cyprysika, którego kupiliśmy w czasie świąt i miał być naszym malutkim dzieciątkiem, którego pielęgnować mieliśmy, jak kawałek siebie, żeby potem móc cieszyć się obserwując, jak rośnie, a którego nasz chyba egoizm doprowadził do rychłej śmierci. Szkoda go, naprawdę, dlatego te kilka słów właśnie dla niego.
“Lament cyprysa”
Na mnie też kiedyś przyjdzie czas
że konew wyschnie do cna
a wytarte ucho nie dosłyszy próśb
I jedynym pożywieniem
stanie się sypka rdza.
Roślinom nie daje się
prawa do eutanazji,
a wiatr przez szpary
nie strąci z parapetu
I gałązki
tak. kiedyś
skłonne do fantazji
zdusi opar
znad zgniecionych petów.
Podobno najlepiej umrzeć
śpiąc
Zamknąć płatki
zwinąć liście
Nie!
Niech ktoś wyrwie mnie stąd
Nie ma nieba
Nie ma piekła
Ziemia to czyściec.
Wciąż sucha,
a konew nadal nic nie mówi
Zaschło jej w ustach
pusta jest, pusta.
I dzień. I zasnąć
trudno jest w słońcu
Czas się posuwa wolno
nieprzerwanie
Lecz zmierza cicho
jedną nogą jest w końcu
lecz zaczyna znowu
swą cichą litanię.
Schnijcie korzenie,
dla was ciągle noc,
a przecież najlepiej
umierać śpiąc.

A może uda się go jakoś odratować.