Jak wyżej, oto i on:
“Przed oczyma duszy”
Usiadłszy na kanapie, przestała odczuwać, że ma nogi. Ciało, jak gdyby przekrojone na dwie części, niespokojnie zwaliło się na miękkie poduchy za plecami, a stopy pociągnęły łydki na podłogę. Oczami, kołującymi, jak sępy nad padliną, niemalże widziała, jak dolna część jej ciała spada w dół, jak rzecz każda inna, która znalazła się przypadkiem na skraju. Na krańcu czegokolwiek. Łapczywie chwytała się jakiegokolwiek punktu, na którym mogłaby zaczepić oczy. Najlepiej powiesić je tam na stryczku i nie widzieć już nic. Albo widzieć wszystko. Oczyma duszy. Czy gdzieś już tego nie słyszała? A, tak. To Shakespeare jakby usiadł bezgłośnie obok niej w śmiesznej koronkowej kryzie i w błyszczących bucikach spiętych kwadratową klamrą. Wydawało jej się, jakby mówił: “Zdaje mi się, że widzę. Gdzie? Przed oczyma…”. A więc i jemu się zdaje? – pomyślała i przetarła oczy. Moja dusza nie ma oczu! – krzyknęła w myślach – Jest ślepa i uwięziona w kalekim ciele, a ciało w kalekim świecie… William popatrzył na nią przerażony, sadowiąc jej nogi na właściwym miejscu. Jego przenikliwe oczy sprawiły, że dreszcz przebiegł jej po plecach. Była zimna i gorąca na przemian. Czego chce ta groteskowa zjawa? – pytała siebie, czując ciepło od niej bijące. Shakespeare już dawno umarł! Razem ze swoją słodką werońską parką poszedł prosto do piachu! – zdenerwowała się i tupnęła stopą o drewnianą podłogę, która skrzypnęła niemiłosiernie, jak Maria wzdychająca przed ukrzyżowanym Jezusem. Poczuła
wreszcie swoje nogi.
- Nogi damy już są sprawne – odezwał się nagle galanteryjnie William, po czym ze zdruzgotaną miną
rozpłynął się w powietrzu.
Wybaczyć, że oszpeciłam rysunkiem.