To niesamowite, jak bardzo zmienić się może rodzina. Lub być cały czas inną niż Ci się wydawało, ukrywając to skrzętnie. No, może czasem, siedząc samemu w pokoju za zamkniętymi drzwiami, dało się usłyszeć kilka, kilkanaście….kilkadziesiąt… niemiłych słów.
To niesamowite, jak ludzie, zwierzęta obdarzone przecież uczuciami, kupują je sobie u innych. Tyle czasu. Tyle czasu żyć w błędzie i nie widzieć prawdy. Tylko trwoga i ogromna wściekłość, której nie ma, gdzie wyładować pozostaje. Pozostaje i burzy się w Tobie, jak woda w czajniku elektrycznym. Ale tym razem nie wypijesz gorącej herbaty – czeka na Ciebie gorzki szatan z najtańszej kawy. Albo cebula młoda. Taka, co szczypie najwięcej, bo przecież w razie, gdy ktoś zobaczy, jak cicho łkasz, masz usprawiedliwienie – kroiłeś cebulę.
I co zrobić? Akurat, gdy staję przy jednych z najważniejszych wyborów w moim życiu, akurat wtedy to nasiliło się jeszcze bardziej. Co zrobić? Iść w jedną stronę, w tę, na którą liczą bliscy i tę, w którą idą wszyscy równieśnicy, lecz nadal obcować z tymi, którzy burzą w Tobie uczucia, czy podążyć w stronę drugą – rzucić to, czego wszyscy ode mnie wymagają, pójść własną ścieżką i żyć w spokoju?
Nie wiem, co robić… Iść na studia i codziennie dostawać ataku nerwicy, czy do pracy i znaleźć lokum daleko od ludzi, w których burzą się nie nerwy, lecz hipokryzja?
Co robić, do cholery…
Roztrzaskana jestem na dwie połowy i dwa cherubiny, oba identyczne siedzą mi na przeciwnych ramionach i mówią coś innego. Lecz każda z ich wypowiedzi ma plusy i minusy, wady, zalety, desavantages et avantages, cechy dobre i złe, vitium et virtus.
Mało czasu zostało na przemyślenie tego wszystkiego. Coś trzeba wybrać, ludzie się przecież nie zmienią.
Póki co wstawię tu jeden ze starszych wierszy, który kiedyś tam napisałam i zgubił się i szalałam z żalu, że się zgubił i go odnalazłam i jest… Tak dla przeciwwagi.
“Święcenie”
Niedziela minęła,
jak nie
niedziela
jak sen rozkoszny
płynący w pościelach
jak słodycz
najmilsza
miodu.
Niedziela minęła,
jak nie niedziela
Daleko od okna
w szronowych wzorach.
Daleko od chłodu.
I niech usnąwszy
nie zagubię
snu
w pościeli miękkiej
w tym stosie piór
W miękkości chmur
niech nie zasnę
twardo.
Niech róża
przy łóżku
związana kokardką
nosa nie zabałamuci.
Niech słyszę,
jak coś
nad moim nosem
nucisz.
Niech słyszę tykanie
budzika.
Niedziela była
i powoli znika.
Jej dane zakłamane
w spalonych metrykach
ktoś ciągle chciałby
zmieniać,
powielać,
a ona ginie, ginie
w pościelach.
I mija niedziela,
jak nie niedziela
zwabia porankiem
do poduch nęci.
Leżmy, Kochanie -
dzień święty należy święcić.
