Wszystkich Świętych. W autobusach miejskich, na wyświetlaczach przesuwa się ospale informacja: “1 listopada 2008 roku. Godzina tamta i siamta. Imieniny: Wszystkich Świętych”. A więc świętujmy. Każdy ma dziś swoje imieniny. No, z małymi wyjątkami, bo z pewnością nie każde imię ma swojego świętego patrona. A my co? My, Polacy, o mesjańskich niegdyś zapędach, z przesadną gorliwością odmawiamy “Wieczne odpoczywanie” i zdrowaśki na zmianę nad mokrymi od deszczu płytami nagrobnymi.
Przestańmy w końcu pesymizować. No, weźmy na przykład Romów albo Meksykanów. Oni się cieszą. Cieszą się, że ten dzień to jedyny dzień w roku, kiedy mogą się spotkać z tymi, którzy odeszli już do lepszego świata ( ? ). Idą na groby z jedzeniem. Świętują. Cieszą się. My masowo kupujemy coraz to wymyślniejsze znicze i trwożymy się jak nigdy. I tak jakoś smutnawo.
I mi się ten nastrój udzielił nieco i choć moja wiara zanikła jakichś czas temu cicho i bezgłośnie, a boleśnie, to widok cmentarzyska zapełnionego szarymi postaciami przewijającymi się między krzyżami napawa mnie jakimś zamyśleniem i przytłoczeniem. I jak zwykle nastraja mnie poetycko, jakiś wiersz we mnie rodzi.
“Wieczna lampka”
Zza grubego szkła wygląda jasne oczko
Błyszczącą, jakby ciekawską
źrenicą migotało.
Oczek tych uwięzionych
tam nie brakowało.
Jasne płomyczki ich ciepłego wzroku
Pod plastikiem kopułki ukryte
Zdołały jeszcze oświetlić
Literki w granicie wyryte.
Jeszcze któreś nazwisko
ożyło na moment krótki
W deszczu, wietrze i chmurach
zrzuciło na Ziemię swe smutki
choć miało iść przecież do nieba.
Lecz… Tak trzeba, tak trzeba.
Wieczne odpoczywanie
po ustach bezgłośnie przemyka
Frunie z wronami
Płynie z deszczami
Muska policzki ognika,
ukrytego w lampionie
Oczka żywego
Jak nieszczęśliwego,
że kiedyś i ono na wieki zgaśnie.
Jak nieszczęśliwego,
że zaśnie wśród miliona
cmentarnych zaśnięć
I kiedyś tam w listopada początku
ktoś cicho nad nim popłacze
Ktoś nagrobek doprowadzi do porządku
i spyta:
Cóż ja na tym świecie znaczę?
I patrząc na skupisko trumien zasypanych ziemią człowiek, tak na codzień zabiegany, nieczuły, zmęczony i nieludzki…. na sekundę wpuszcza do serca garstkę spopielonych gdzieś w nim refleksji i zastanawia się nad sensem życia i śmierci.
Albo godzi się z tym i wykupuje sobie miejsce za życia na najlepszym miejskim cmentarzu, bo wie, że tylko tyle po nim pozostanie po tym, jak wyda ostatnie tchnienie.
