Wiersz o pewnej dziewczynce. Bynajmniej nie o mnie, choć momentami mógłby takowym być.
“Adresat nie żyje”
Wysłała mu w kopercie
kilka płatków róż
pomarszczonych przez czas,
otulonych przez kurz
wołających pomocy.
Gdzieś tam w liście
zapodziało się na zimę
ciepło kilku kocy
jasność kilku ogników
kominka.
Tak,
to była ona -
ta mała, pulchna dziewczynka.
Co między kartki
niestarannych literek
wcisnęła śmiech
dziecka wołającego:
Berek, berek!
Co w kleksie
prawie na pół strony
ukryła smutki
fochy
czas stracony
na spaniu
Bo przecież tyle miała do zrobienia.
Utkała ze swych włosów
sczesanych na zębach grzebienia
blado różane babie lato
I biegła za nim, wołając:
Tato, tato…
A on jakby ponad nią frunął
ochraniał skrzydeł pierzem
Gubił wśród lasów
I odnajdywał na rozgałęzieniach
ścieżek.
I biegła z tym listem
zmiętym w paluszkach
Radosne ptaki
śpiewały w jej uszkach
słoneczne preludia,
wiosenne sonaty…
Szukała poczty,
szukała taty.
Lecz był za wysoko
Jej małe oczko nie widziało,
jak patrzy na nią
jego czujne oko.
I słońce znikło z horyzontu
I las zasnuły cienie
Deszcz łez uderzył o liście,
a pod stópkami bosymi
grasowały żmije.
Wysłała, wysłała ten list
i dostała zwrot
z adnotacją:
“adresat nie żyje”.
