Spacerując chodnikiem z moim przyjacielem o czterech łapkach – Puckiem, prawie, że wdepnęłam w kwiat rosnący na chodniku.
Jakie szczęście, że jego płatki silniejsze niż płatki innych roślinek. Jakie to szczęście, że żadna pszczółka – głodomórka nie wyssie z niego nigdy żadnego nektaru. Jakie to szczęście, że nie posiada łodyżki, którą zaraz by zwiał wiatr.
Co to za kwiat? Zobaczcie sami, uwieczniłam go na zdjęciu niżej, a z tego zdjęcia powstał wiersz.
Mój osobisty łańcuszek przyczynowo – skutkowy i, choć nie z platyny, nosić go będę na szyi, przy sercu.
***
“Mieszkańcy chodników”
W Krakowie
kwiaty rosną na chodnikach
Wiją się po płytach
zdartego betonu.
Czasem, jak fasola
po wysokich tykach
wspinają się
sięgając zgonu
sięgając tronu
swego godnego na niebie
jak powój plączą się z drugim,
gdy ten w potrzebie.
Jak różowa koniczyna
spaceruje po podwórzu
rumiana dziewczyna.
Gdzieś wśród pnączy ludzkich
fioletowy chaber siedzi
kamuflażu ćwiczy sztuczki,
a z boku sąsiedzi.
To dumna piwonia w kapeluszu z piór
wyrasta gdzieś na bruku
spośród trawy gór
spośród tych dmuchawców chmur,
rozpierzchniętych po chodnikach
skrytych w dzikich matecznikach
kawiarniach pachnących
ślazach cichych i wijących
po parkanach drzew.
To tu, to tam wyrasta jakiś krzew
i wpija się kolcami
w miejskie pejzaże
po asfalcie rozlewa farbę jeżyn
po niebie maluje pastele marzeń
I brnie dalej w górę
póki ostrze kosy nie posieka gałęzi
póki kleszcze korzenia nie przestaną go więzić
A wtedy gdzieś tam wśród kamienic
gdzieś tam na mokrym bruku
uschnie, zwiędnie
wśród przechodniów cichego pomruku
Wśród powojów na wieczór zamkniętych
Wśród dmuchawców gołych, zdmuchniętych
Wśród fasolek patrzących z wysokości
I może tylko koniczyna rumiana
jak Zosia nago biegająca
I chaber wykwintny, zalotny
W uścisku spotkają się,
w uścisku miłości.
***
Wiem, kto chabrem; wiem, kto koniczyną. Szkoda tylko, chaber nie jest w Krakowie… A tak, to nie ma uścisku, nie ma nawet szukania się pośród traw.
