Pisać o życiu nie jest trudno. Wypuścić z ust kilka oklepanych banałów, co jak chmurka ciepłego powietrza w zimie, rozpierzchnie się po kilku sekundach w masie powietrza zimnego jak lód, w masie ludzi zimniejszych od lodu.
Lecz, jakie znaczenia ma ta chmurka ulotna? Jedna z najzwyklejszych w życiu efemer oprócz drobinek kurzu w słońcu, oprócz słów, zaciekle i przewlekle rzucanych na wiatr, słów ważnych, jedynych, mogących wywołać z zakamarków ludzkich uczuć ból i przyjemność, miłość i zazdrość, strach i odwagę, oprócz bajecznych motyli, kłębiastych obłoków, stratusów, cirrusów oprócz życia…
Tak… Życie jest efemerą.
Pojawia się w bólu i znika w agonii.
Rodzi się i ginie w mgnieniu oka.
Kwitnie i gnije w zagajniku serca.
Jak motyl, co zmęczony trzepotaniem skrzydełek, upada wycieńczony w trawę, by tam odejść w wieczne nieistnienie.
***
“Sznur szkarłatnych pereł”
Jak krew
moje Życie sączy się z rany
z serca zmiażdżonego
komór rozszarpanych
Jak krew
szkarłatny ma kolor
zagryzionych ust
wszystko, co widzą
oczy zamroczone.
Widzą ciemny, suchy chrust
drzewa zamglone
i dół
i kilkoro ludzi zgiętych w pół.
I wieczne odpoczywanie
I wieczne radowanie
I bieluśkiej szaty
nierytmiczne drganie
przeplecione
metafizycznym kazaniem.
Moje Życie
jak krew zatruta w żyle
sczerniało,
jak tłum płaczek przy pańskiej mogile
stanęło,
uklękło
płakało.
Jak zakrzep
w miejscu utknęło,
to Życie,
którego nikt już nie uleczy
przez palce przepływa
jak krople
życiodajnej cieczy.
zero er ha plus.
To moje Życie
po kolanach
małego dziecka spływa.
To Życie moje
w policzkach agonii
spokojnie dogorywa.
I o bramy nieba
się rozpryskuje
w perły krwiste
w perły soczyste
w perły księżyca, co prześwietla
jezusowy ogrójec.
Zawieś je sobie na szyi
I podziwiaj.
To życie jest -
Sznur ludzkich pomyji.
***
