I minęło. Kilkadziesiąt godzin przypadkiem wyrwanych złośliwemu losowi z rąk. Kilkadziesiąt godzin, a nawet i kilkanaście godzin więcej, by móc się sobą troszkę więcej nacieszyć, by móc się na siebie napatrzeć, by móc przedłużyć troszkę ten fantastyczny sen, który i tak, prędzej czy później, skończy się, lecz, na szczęście, nie – bezpowrotnie.
Minęło wśród kasztanowych ludzików, wśród przesiadywań do czwartej rano, wśród środkowo nocnych pukań do drzwi. Jednym słowem: minęło.
Lecz człowiek takie ma szczęście, że to, co mija może utrwalić – wszystko chowamy w pewnej szufladce schowanej w naszych głowach, zwanej wspomnieniami, coś nie coś udało się wcisnąć w zdjęcia ( których z przyczyn technicznych, nie będzie można tu zobaczyć), o innych sprawach możemy stale rozmawiać.
Tak więc do następnego spotkania muszą nam wystarczyć fotografie, muszą nam wystarczyć wspomnienia, własny głos i gadu – gadu…
“Sonia, kasztany i róże”
Nie na darmo mówi się,
że wszystko płynie
Bo gdy tonę w Twoich oczach
wiem, że to, co jest teraz
i to, co dopiero będzie
to i tamto
wszystko minie.
Minie wśród gwaru dworca
jakby pierwszy pocałunek
Minie, jakby ostatnia
godzina, podczas której
Nie wiemy, co zrobić, by ją wydłużyć.
Mówisz mi stale: Przestań wreszcie oczy mrużyć.
To nie sen.
Czy ja to wiem?
Minie wśród rozmów
czas, jakby losowi skradziony
Potoczą się w otchłań
błyszczące kasztany
Na nóżkach z zapałek skleconych
pobiegną kasztanowe ludki
w byt śmiercią usłany.
I ta chwila, gdy je zbieraliśmy -
Myśleliśmy, że ją znamy.
I zostaną oczy Sonii
stare choć radosne
I zostaną suche róże
czekające na wiosnę.
Kocham Cię.
