Jest trudno. Nadzieję daje nam perspektywa wspólnego życia, jednak zawsze są chwile, gdy już nie potrafimy się powstrzymać, gdy coś w nas pęka. Czasem w słuchawce niemalże czuć wilgoć łez, gdy dociera do nas, że będzie ciężko, że ścieżka, którą będziemy musieli podążać, chwilami będzie stroma, momentami ukryta w gąszczu ciemnego lasu, a czasem podtopiona wylanymi rzekami problemów. Naszych wspólnych, z którymi zawsze razem będziemy sobie radzić. Gorzej czy lepiej, ale wspólnie.
Często zaskakuje nas świat. Ludzie, którzy nas otaczają. Często zawodzi rodzina, a przecież to najbliższe otoczenie. Mimo to staramy się mieć wiarę, że wszystko będzie dobrze. Czasem zawodzą nadzieje, jednak te można odbudować…lub stworzyć nowe.
Dlatego te, które są dla nas najważniejsze trzymamy przy sobie, pielęgnujemy i czekamy na chwilę, aż rozkwitną i pokażą nam, że warto było cierpieć, płakać, a przede wszystkim czekać na siebie tak długo.
“Manifest”
Kazano mi kiedyś
wichry przeżywać
burze spędzać
pod drzewami
błyskawice
łapać w dłonie
i okrywać ramionami
oswajać cierpienie
Zmuszono mnie kiedyś
porzucać marzenie
W czas potopu
odnajdywać swój czas
skrywać się
w wielorybim brzuchu
i zostawać wyplutą
(przypadkiem)
przez mieszczuchów
Kazano mi
ich słuchać
nawet wtedy,
gdy nie chciałam wychodzić
z tego brzucha
bo tam dach miałam
i siebie
Kazano mi szukać etatu w niebie
jako sprzątaczka
pomywaczka
Kazano milczeć w potrzebie.
I milczę dziś.
Wtedy, gdy potrzebuję.
Wychodzę na wiatr
na deszcz
wtedy, gdy potrzebuję.
Skrywam się w domowym,
wielorybim brzuchu.
Nikt mi nie rozkaże
Udawać, że nie czuję.
