Dobro i zło: brzmi aż do przesady banalnie. Wypowiedzieć to lekkim, łagodnym tonem i zabrzmi niemalże niczym morał wyciągnięty z Czerwonego Kapturka czy tam osmolonego Kopciuszka. Ale czy kogoś to śmieszy czy nie, tacy panowie, jak bracia Grimm opisywali ponadczasowe pojęcia, o których Ewangelie, powieści, a nawet współczesne felietony traktują nadal, tyle że w sposób, który może nie bawi nas tak, jak perypetie dziewczynki w kapturku czy spragnionej zabaw nastolatce liczącej ziarna.
Lecz czym dla nas jest dobro i zło? Niebo i piekło? Anioł i szatan? Czy czasem te pojęcia nie rozmyły się i pomieszały ze sobą w ten sposób, że dobro, jak i zło stały się tylko normalnymi stanami ciała i ducha o równej wartości, co smutek, radość…a może miłość? Czy dziś o kimś możemy powiedzieć: to dobry człowiek?
Czasem mam wrażenie, że realia życia codziennego zmusiły nas do zmiany swojego postępowania, swojego charakteru, swojego ego. Wymuszają na nas jeszcze większy dystans do świata, “odwrażliwienie się” na ludzi na jeszcze większą skalę niż to miało miejsce do tej pory. Czy nie przyjęło się wśród ludzi, u mnie osobiście wywołujące odrazę, stwierdzenie głośne wśród gimnazjalnych niedorostków: “Kopać leżącego jest niehonorowo, ale bezpiecznie”? Poniżamy innych, by sobie dogodzić, by innym pokazać, jakimi to nie jesteśmy. I – niech ktoś parsknie śmiechem – stajemy się złymi wilkami albo wrednymi siostrami przyrodnimi.
Karmimy małego biesa siedzącego nam na ramieniu, głaszczemy mu plecy aż zacznie charczeć z przyjemności, sycimy się własnym chorym szczęściem kosztem innych.
Nawet jeśli diabeł to pomocniczy symbol, a piekło wcale nie istnieje, nawet jako stan duszy. A jeśli piekło i diabeł do nas nie przemawia, to czy “czynić zło/sprawiać cierpienie” nic nikomu nie mówi? I nie chodzi tu stricte o sprawianiu bólu drugiemu człowiekowi, ale sobie samemu, bo te małe występki, kiedyś urosną w nas niczym nowotwór i strawią nas od wewnątrz.
“Ego et infernum”
Zagram ci, jak mi rozkażesz
na liry cienkich strunach
spłodzę melodię
twoim uszom łagodną
Zaśpiewam ci pieśń
bezkresną
upojną
sycącą zmysły
nakarmię twą duszę głodną
Nut nie usłyszy
moje ja marne
głuche na ciebie,
gdy świece świątyni
oślepiają oczy
gdy złoto krzyża
z ozdobami błyszczącymi
mami dłonie
spocone od grania
cichego
Matka Dewocja
mnie stamtąd wyprowadzi
i w twoje przepyszne ściany
pokieruje
Matka Dewocja
Ucichną nieśmiałe
pobożne organy,
Głos chóru
Zakrzepnie w progu
wysadzanym rubinami
wchodząc myślę:
- Komu wierzyć: tobie?
Bogu?
I już jestem, już gram
Słyszysz? nowa sonata
powiedz jaka jest?
jak piękna?
jak dumna?
ja nie wiem, ja nie wiem
ja to ty i trumna
Ty to łaska
bogactwo…daj trochę!
Wyrzeknę się wszystkiego
Nawet Jego!
Odrzucę niepokalaną dziewicę
macochę.
Winem upajasz
w aksamitach kładziesz
których brak
w gotyckich murach
zdobnych tabernakulach
chrzcielnicach
ławach rzeźbionych
Jeszcze trochę złota
trochę oszustwa
i gram
i śpiewam dla Ciebie
głosem upojonych
Jest mi dobrze
Ty się śmiejesz?
Złoty klucz chowasz
do drzwi złoconych,
a w proch zamienia się
Twa peruka jasna
rogi rogi
komnata ciemna i ciasna
odór
śmiertelnych kłopotów
Chcę wyjść!
Chcę się uwolnić!
Prawda…nie byłem gotów
- Głupcze! Stąd nie ma powrotu!
Dorzucam, moim zdaniem, dwa ciekawe, a może i intrygujące cytaty, wyraźnie ze sobą sprzeczne. Pierwszy pochodzi z Pisma Świętego, drugi, jakże trafny, to sentencja anonimowa:
“Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć.” /1 P 5,8/
“Pierwszym nauczycielem filozofii jakiego miała ludzkość, był wąż w raju.” /Autor nieznany/
