U dobrodziejki w domu.
kwiecień 25, 2008 autor Ania
Już późno. Już prababka noc grubym pledem gęsto czarną nicią sztywną tkanym okryła okolice, tylko gdzieniegdzie gwiezdne prześwity, niczym na pledzie dziurki ze starości przez mole czasu wyżarte, jakby chłód przepuszczały do śpiących spokojnie pod nim. Puls miasta zwolniony, temperatura spada. To chyba już druga faza snu, gdy po głowie krążą majaki przedziwne, kolorowe, że aż myśl sie nasuwa: skąd one tam, no skąd ten kalejdoskop kolorów, kształtów, wydarzeń, ludzi? Skąd sceny niczym z horrorów? A może te barwne obrazki z głowach śpiochów wirujące to dzieło pani Dobrodziejki…może koszmary to skutek niedbałości ich Zaklinacza, który w romans z ową Dobrodziejką wdał się poważny…Że hę?- zapyta ktoś. Odpowiem: Że wiersz.
***
“U dobrodziejki w domu”
Zawieś na moment oczy
na wieszaku
mego wzroku,
rozgość się…
Buty zmęczenia,
podeszwy zdarte
od powolnych kroków
postaw za drzwiami
otrzep włosy
ze śniegu przeszłości
usiądź przy stole
oto uczta przed nami
słodkie wino
świeży chleb
ryba bez ości.
Na moment zapomnij,
że kiedyś
przy podobnym nawet stole
na krzesłach
wyściełanych zdradą
czarną polewkę podało Ci
oko piękne
oko zielone
oko boskie sokole,
co serce
zimną wzroku
przebiło Ci szpadą.
Tak, wiem- niewygodne
taborety skrzypiące
stare
W powietrzu woń
spalenizny
To w kominku
gorejący ogarek
Na ścianach
łun krwawych blizny
Dobytek mój
cały
w posagu Ci dziś daję
czyny wzniosłe i banały
szepty, krzyki
śmiechy, łzy
oto biorę dziś ze sobą
oto w progu domu staję,
Domu, w którym jesteś Ty.
Tu, na strychu
w starym kufrze namiętności
pośród pyłu
swych dotyków
pośród kurzu
swoich słów
nasze tu złożymy kości
Ty - zaklinacz koszmarów
Ja - dobrodziejka snów.
***
