Zaćmienie.
kwiecień 18, 2008 autor Ania
Dziś czytając swoje dawne wiersze, swoje dawne wypociny o tym, jak to źle być samotnym, swoje młodzieńcze łzy przemienione w słowa, czuję, że dzięki mojemu Słońcu, wszystkie te stare uczucia, narzekania niedojrzałej nastolatki mogę z pewnością uznać za przedawnione, przeterminowane, zapomniane i to już bezpowrotnie. Chwile samotnego włóczenia się po Krakowie lub siedzenia z psem na skraju kamieniołomu odeszły, choć i momentami samotność doskwiera z racji naszej odległości…Pomimo to sentyment do wierszy o tematyce zwyczajnie smutnej i momentami, choć mam nadzieję, nie bardzo, zbliżającymi się do czegoś, co nazywa się “emo”, nadal w sobie noszę i czasem, między nawałem mojej własnej moralizatorskiej poezji albo powątpiewaniem w Boga ubranym w rymy, znajdzie się wiersz przygnębiający, zapewne o nieszczęśliwej miłości, bo ten temat nigdy się nie skończy.
W sumie powinnam już skończyć to nawijanie, jednak tu w tym miejscu chciałabym przeprosić moje Słonko, któremu nieświadomemu, że zaraz ten wpis znajdzie się w moim, jak i jego blogu, może się to kolejne moje wierszydło nie spodobać…Bo w końcu kochamy się i taka tematyka, co jak co, nie pasuje do nas ani trochę. Tak, tak, to miłość tak pięknie działa na człowieka…prawda, Pawełku?
No to sedno sprawy:
***
“Zaćmienie słońca”
Wydarłam Ci
ostatni kąsek słońca
ze spierzchniętych ust
spływały jeszcze
lepkie promienie
Ty to słońce
w szepty zmieniałeś
pod ciepłym wzrokiem
w bezgłośnie mruczenie
Ty to słońce
ukradkiem skradałeś
spośród chmur
chowałeś przed cieniem.
A dziś?
Tak głodna
wyglądam przez okno.
-Patrz! Zaćmienie.
***

Kocham Cię, Skarbie.