Wyroby wierszopodobne Pawła
kwiecień 7, 2008 autor Paweł
Kolejność od najnowszego do najstarszego.
Jesteś…
Jesteś moim Szczęściem
Jesteś moją Radością
Jesteś mą Miłością
I cierpienia odejściem
Jesteś moją Ślicznotką
Jesteś moim Natchnieniem
Jesteś największym Pragnieniem
I pachnącą Stokrotką
Jesteś Bursztynkiem moim
Jesteś serca waleniem
Jesteś ciała drżeniem
A ja marnym sługą Twoim

***
Kocham
Kocham…
Twoje włosy złote
Które wiatr rozwiewa
Twoje oczy głębokie
Błękitne niczym niebo
Twoje usta słodkie
Chciałbym pić z nich…
Twoje ciało cudowne
Pieścić pragnę je całe
Twoją dobroć, szczerość
Mówiącą mi prawdę
Twoją Miłość do mnie
Jej umysł nie ogarnie

***
Twój
Nie, nie boję się.
Ściągam skrzydła.
Porzucam Niebo.
Schodzę na Ziemię.
Z Tobą.
Nie jestem już aniołem.
Jestem Twój.
Nie należę już do Nieba.
Należę do Ciebie.
Nie, nie boję się.
Zabierz mnie ze sobą.
Pokaż mi Ziemię.
Pokaż mi swoje miejsca.
Pokaż mi siebie.
Naucz mnie żyć.
Naucz mnie podziwiać.
Naucz mnie kochać.
Naucz mnie siebie.
Nie, nie boję się.

***
Uwertura Miłości
Siedzę sam w ciemności, w pokoju moim
Cztery jego ściany wokół, a na środku ja - monolit
Czekam aż się pojawisz, lecz i tak już tu jesteś
Bo choć ciało Twe daleko, to są tu Twa Dusza i Twe Serce.
Mój rozum krzyczy “Nie!”, serce szepcze “Tak.”
Rozum nie ogarnie serca, choćby próbował na wspak
I niech krzyczy, ile chce, nie zyska na tym nic
Bo ja serca słucham, i gdy jest w nim Miłość to rozum śpi.
Zdjęcie Twoje trzymam w dłoni, a po policzku łzy gonią się
Czy to łzy szczęścia, czy tęsknoty? I to i to siedzi w głębi mnie
Ale ocieram łzy, bo wiem doskonale, że Ty i ja
Jesteśmy jednością, nierozłączalną częścią każdego dnia.
Wiem - boisz się, że to, co łączy nas to tylko etiuda
Lecz niepotrzebny ten strach - to, co mówię to nie złuda
To, co między nami jest, to uwertura uczucia wielkiego
Kocham Cię, Aniele, jestem więźniem Serca Twojego.

***
Głód wampira
Czerwona posoka spływa po mych ustach…
Płyń!
Płyń!
Płyń!
Ich martwe ciała dygoczą w konwulsjach…
Martwe!
Martwe!
Martwe!
Lecz wciąż mało mi, wciąż głód nie daje żyć…
Głód!
Głód!
Głód!
Oddaj mi siebie, z Twych tętnic pragnę pić…
Oddaj!
Oddaj!
Oddaj!
Ciebie, jedyną chcę mieć przy sobie…
Chcę!
Chcę!
Chcę!
Swoje jarzmo dać chcę tej nocy Tobie…
Dać!
Dać!
Dać!
Pragnę mieć Cię, jako wampirzycę przy swym boku…
Mieć!
Mieć!
Mieć!
Jako mroczną Królową, nie odstępującą mi kroku…
Mroczną!
Mroczną!
Mroczną!
Zamieszkaj w zamczysku moim, co na wzgórzu stoi…
Zamieszkaj!
Zamieszkaj!
Zamieszkaj!
Tam jest wiele do zwiedzenia komnat i pokoi…
Wiele!
Wiele!
Wiele!
Będziemy razem wyruszać na krwiste łowy…
Krwiste!
Krwiste!
Krwiste!
Jako dwie nierozłączalne połowy…
Tak!
Tak!
Tak!

***
Deszczowe łzy
Złoty talerz chowa się za szare chmury,
Których łzy kwaśne moczą kamienic mury.
Opodal kamienic, w parku chłopiec stoi,
Na środku, w kałuży - on się deszczu nie boi.
W kałuży róża pływa, z koroną w czerwieni,
Kontrastu i piękna dodaje Jesieni.
Chłopiec klęka i ją podnosi, w ręce ściska
mocno tak, że kałuża czerwieni wnet zyska.
I już pierwsza kropla krwi, leci ku ziemi,
Leci wraz z kompanią - łzami deszczowymi,
Wpada wnet i deszczówkę karminem zdobi,
A woda krwi ulega i czerwona się robi.
Rusza chłopiec niepewnym krokiem, po woli,
Znacząc drogę krwią, lecz to go nie boli,
To boli serce poranione, spazmatycznie kołacze.
Kruk usiadł na gałęzi i zwinąwszy skrzydła kracze,
Skrzekiem zdaje się chłopca chcieć zatrzymać,
Lecz on tego nie słyszy i nogi jął rozpędzać,
Bieg rozpoczął, oczy jego łzami się zamgliły,
Nie widzi i nie słyszy - on pędzi do swej mogiły.
Wbiegł na ulicę, kruk z gałęzi się zerwał
I pędząc, powietrze niczym strzała przerwał,
Dopadł chłopca i uderzył skrzydłem w lico,
Młodzieniec otrzeźwiał, lecz widział wciąż nicość.
Oczy przetarł dłońmi, światu ostrość przywrócił,
Spojrzał w bok i zbladł, różę na asfalt rzucił,
Światła dwa widział, zbliżały się, raziły,
Słuch wrócił i uderzył hałasem zawiłym.
I nic już nie było, tylko ciemność hebanowa,
Później światłość jaśniejsza niż Supernowa,
Lecz nie raziła - była ciepła i pięknie pachnąca,
Wiosną i kwiatami wiśni, rozgrzanymi od Słońca.

***
Na przekór
Chcę umrzeć, a żyję…
Chcę dać życie, a zabiję…
Chcę kochać, a nienawidzę…
Chcę podziwiać, a się brzydzę…
Chcę dawać, a wciąż zabieram…
Chcę dotrzeć na miejsce, a nie docieram…
Chcę płakać łzami słonymi, a mimo to się śmieję…
Chcę wciąż wierzyć mocno, lecz już tracę nadzieję…
Chcę żyć, a Śmierć całuję…
Chcę zabić, a życie ratuję…
Chcę nienawidzić, a kocham…
Chcę się śmiać, a słono szlocham…
Chcę się brzydzić, a bardzo podziwiam…
Chcę nie dotrzeć na miejsce, a docieram…
Chcę zabierać, a daję, radując się szczerze…
Chcę stracić nadzieję, lecz wciąż mocno wierzę…
***
Moje serce
Moje serce - ranami poznaczone,
Czerwienią razi lecz tylko dlatego,
Ponieważ całe jest zakrwawione,
Pod krwi czerwienią nie ma niczego.
Pod krwią jest lód i jest kamień,
Jest ból, jest cierpienie, jest złość.
Dlatego proszę Cię, Ty je zamień,
Roztop je, bo zamarzło na kość.
Rozbij kamień, zniszcz go Miłością,
Rozpal serce, niech znów zapłonie.
Stań się, proszę znów jego radością,
Bo bić tylko dla Ciebie chce, Kochanie.
Tęsknię i kocham, lecz wciąż szlocham,
Smutek i ból ogarniają wciąż mnie całego,
Bo ja Ciebie najbardziej w Świecie kocham,
Lecz Ty, masz mnie tylko za przyjaciela swego.
Wciąż mam jednak nadzieję, że to zmieni się,
Że pokochasz mnie, że nadejdzie ten dzień,
W którym wrócisz do mnie i ocalisz duszę mą,
Przed staniem się nicością, bo bez Ciebie jest nią.

To wszystko.
Dziękuję tym, którzy dotrwali do końca. ![]()