Feed on
Wpisy
Komentarze

Zranionej matce.

Może dzisiejszy dzień to nie najlepszy moment na prowadzenie jakichś zbyt głębokich, a i w dodatku bardzo osobistych wywodów ( jak zwykle - to już staje się nudne ) quasi filozoficznych. Może ja do tego nie mam ani kawałka myślącej głowy, może Ty wcale ( jestem tego pewna ) nie masz ochoty tego czytać. Bo kto dziś ma czas na poświęcenie większej ilości czasu sobie, a tym bardziej innym? ( nazwano by go egoistą albo -ironicznie- filantropem). Biegamy od miejsca do miejsca, ze szkoły do domu, z domu do pracy, ze sklepu na pocztę… Czasem okrutny ( jakże to oklepane ) los wyrzuca nas nagle do worka z zupełnie inną sytuacją, czasem też, choć chyba nieporównywalnie rzadziej ( pewnie pesymizuję…) wśród tego całego życiowego bałaganu jakiś przebłysk uśmiechu nieśmiało wyjrzy zza rogu. Efemera wodząca ludzi za nosy i zostawiająca samiuteńkich w szczerym polu, na pastwę samotności, na pożarcie tęsknocie, na miejsce do wykopania sobie łopatą smutku miejsca na wieczny odpoczynek. Więc i tak źle i tak niedobrze. Czasem kopiemy sobie ten dół na własne życzenie, może z lenistwa zapominając, że wyjść z niego można, że można, a nawet trzeba dostrzec w życiu coś więcej niż beznadzieję. Że mamy serce, które potrzebuje żyć. Że mamy parę oczu, które potrzebują dostrzegać to, co piękne, że nasze uszy są głodne czyjegoś ciepłego głosu, niczym usta słodyczy czekolady, a może i pocałunku…a może i bardziej tego pocałunku niż czekolady.

Więc, Kochani…nie wykopujmy sobie tego dołu przedwcześnie. Poruszmy serce, które chce, byśmy żyli, które czeka na kilka kropel krwi, którą mogło by przetłoczyć przez swoje zeschnięte komory. Serce to dziś najbardziej porządany, brzydko i kolokwialnie się wyrażę, towar, bo dziś niewiele ludzi go ma…

“Zranionej matce”

Matka nauczyła mnie
spijać krew
z czyjegoś bólu
bólu człowieczego

Matka wpoiła mi w usta
aloes na cierpienie
człowieka bliskiego
obcego człowieka

Matka powiedziała:
Stawiaj czoła
Nie uciekaj.

Nie odwracaj wzroku
od zakrzepniętej krwi

Nie oddalaj dłoni
Od bolesnych blizn

Patrz, dotykaj
Jak Twój ból, ból obcego

ja pytałam
dlaczego? dlaczego?

Matce mówiłam
ja mam ból swój
Ty masz swój

Matce powtarzałam
ja czuję swoje
Ty swoje czuj

Matce szeptałam:
po co cierpieć za drugiego?

Matka pytała:
Dlaczego taka jesteś? Dlaczego?

Stawiłam więc czoła
aloes
na bliznę człowieka położyłam
Trędowatego ujęłam za ręce

Spijam krew z obcych ran
Ludzie pytają dlaczego?

Krew napędza serce
Serce to jedyne,
co naprawdę mam.

Czasem warto, mimo męczących lektur, posłuchać naszych wieszczów:

“Miej serce i patrzaj w serce”.

/Adam Mickiewicz/

Ja tu, Ty w wojsku.

Finisz. I nadeszło to, czego baliśmy się najbardziej. Od dziś Pawełkowi musi być do twarzy tylko w wojskowym mundurze, od dziś trzeba zadowolić się zdjęciami i wspólnymi chwilami, które minęły pięknie, lecz zbyt szybko. Od dziś każdy dzień, każda sekunda, minuta, godzina w nocy czy w dzień jest bezustannym czekaniem. Kiedy to przeczytasz, Kochanie? Dobre 9 miesięcy minie nim znów, jak tego pamiętnego weekendu czas będzie tylko dla nas, czas będzie stawał w miejscu, czas gonić nas nie będzie mógł, bo my przegonimy go. I już go gonimy. Każdy dzień, choć bliski początkowi, przybliża nas do końca. Dramatyzuję? Nie, tęsknię. Za słowami, za dotykiem, za obecnością. Za obecnością kogoś, kogo kocham.

“W poszukiwaniu”

Śladami Twoimi chodzę
w ciepłym piasku zatapiam stopy
w tym piasku,
w którym
i Twoje też tonęły.

Zapachu Twojego szukam
Czasem łapię fałszywe tropy
w tej wodzie
w której
Oczy Twe błysnęły.

Dotyku szukam Twojego
u drzew, co Twoje słowa szepczą
tych drzew
wśród których
i my szeptaliśmy cichutko

Obecności Twojej szukam
Choć chochliki czasu ją depczą
Chodź tu na chwilę
Chodź jeszcze
po zapach, po dotyk, po słowa
po miłość chodź
nawet na krótko.

Albert Einstein:

“Miłość niesie ze sobą wielkie szczęście, o wiele większe od bólu, który przynosi tęsknota”

Moje Słonko w Krakowie

Weekend, jak ze snów. Kłopoty odpływają z nurtem Wisły, deszcze mogą padać ile chcą, tęsknota spada z hukiem z diabelskiego młyna. Dwa dni - tylko Ty, dwa dni - tylko ja. A tyle było obaw, tyle niespokojnych myśli, które jak śnieg, zimne, stopiły się w mgnieniu oka, jakby były ogrzane promieniami słońca, i podlały ziemię, z której wyrosły i rozkwitły nieśmiałe przebiśniegi miłości. Tak, to nie ta pora na przebiśniegi. Jest wiosna pełną parą, choć i pogoda czasem zawodziła. Ale było pięknie, prawda?

Nie da się tego opisać słowami…ani wspólnego siedzenia nad Wisłą, ani pomarańczy na kopcu Kraka, ani wspólnego przesiadywania w pokoju, ani lodów straciatella w Galerii Kazimierz, ani ostatniego rzędu w kinie, ani żadnego buziaka…skradzionego i nie.

Pomimo to kilka niezdarnych rymów udało mi się sklecić w jedną niezdarną całość, w nikłą mgłę tego, co naprawdę się zdarzyło.

“Tutaj”

Pociągu gwizd
peronu gwar
już jesteś tu
już oczy lśnią
ten błysk
to nie magia
to nie czar.

To tutaj sen
iskrzy w starciu
z rzeczywistością
To tutaj płacz
przechodzi w pył
rozgrzany radością

To tutaj oczy moje
błądzą
coś zmieszane
To tutaj usta drżą
spragnione
zabłąkane
To tutaj w trawie leżą
dwa ciała przytulone
To tu dwa serca biją
równo,

bo złączone.

kopiec_wandy

Kocham Cię, Misiaczku, wszystko będzie dobrze:*

U dobrodziejki w domu.

Już późno. Już prababka noc grubym pledem gęsto czarną nicią sztywną tkanym okryła okolice, tylko gdzieniegdzie gwiezdne prześwity, niczym na pledzie dziurki ze starości przez mole czasu wyżarte, jakby chłód przepuszczały do śpiących spokojnie pod nim. Puls  miasta zwolniony, temperatura spada. To chyba już druga faza snu, gdy po głowie krążą majaki przedziwne, kolorowe, że aż myśl sie nasuwa: skąd one tam, no skąd ten kalejdoskop kolorów, kształtów, wydarzeń, ludzi? Skąd sceny niczym z horrorów? A może te barwne obrazki z głowach śpiochów wirujące to dzieło pani Dobrodziejki…może koszmary to skutek niedbałości ich Zaklinacza, który w romans z ową Dobrodziejką wdał się poważny…Że hę?- zapyta ktoś. Odpowiem: Że wiersz.

***

“U dobrodziejki w domu”

Zawieś na moment oczy
na wieszaku
mego wzroku,
rozgość się…
Buty zmęczenia,
podeszwy zdarte
od powolnych kroków
postaw za drzwiami
otrzep włosy
ze śniegu przeszłości
usiądź przy stole
oto uczta przed nami
słodkie wino
świeży chleb
ryba bez ości.

Na moment zapomnij,
że kiedyś
przy podobnym nawet stole
na krzesłach
wyściełanych zdradą
czarną polewkę podało Ci
oko piękne
oko zielone
oko boskie sokole,
co serce
zimną wzroku
przebiło Ci szpadą.

Tak, wiem- niewygodne
taborety skrzypiące
stare
W powietrzu woń
spalenizny
To w kominku
gorejący ogarek
Na ścianach
łun krwawych blizny
Dobytek mój
cały
w posagu Ci dziś daję
czyny wzniosłe i banały
szepty, krzyki
śmiechy, łzy
oto biorę dziś ze sobą
oto w progu domu staję,
Domu, w którym jesteś Ty.

Tu, na strychu
w starym kufrze namiętności
pośród pyłu
swych dotyków
pośród kurzu
swoich słów
nasze tu złożymy kości
Ty - zaklinacz koszmarów
Ja - dobrodziejka snów.
***

Zaćmienie.

Dziś czytając swoje dawne wiersze, swoje dawne wypociny o tym, jak to źle być samotnym, swoje młodzieńcze łzy przemienione w słowa, czuję, że dzięki mojemu Słońcu, wszystkie te stare uczucia, narzekania niedojrzałej nastolatki mogę z pewnością uznać za przedawnione, przeterminowane, zapomniane i to już bezpowrotnie. Chwile samotnego włóczenia się po Krakowie lub siedzenia z psem na skraju kamieniołomu odeszły, choć i momentami samotność doskwiera z racji naszej odległości…Pomimo to sentyment do wierszy o tematyce zwyczajnie smutnej i momentami, choć mam nadzieję, nie bardzo, zbliżającymi się do czegoś, co nazywa się “emo”, nadal w sobie noszę i czasem, między nawałem mojej własnej moralizatorskiej poezji albo powątpiewaniem w Boga ubranym w rymy, znajdzie się wiersz przygnębiający, zapewne o nieszczęśliwej miłości, bo ten temat nigdy się nie skończy.

W sumie powinnam już skończyć to nawijanie, jednak tu w tym miejscu chciałabym przeprosić moje Słonko, któremu nieświadomemu, że zaraz ten wpis znajdzie się w moim, jak i jego blogu, może się to kolejne moje wierszydło nie spodobać…Bo w końcu kochamy się i taka tematyka, co jak co, nie pasuje do nas ani trochę. Tak, tak, to miłość tak pięknie działa na człowieka…prawda, Pawełku?

No to sedno sprawy:

***

“Zaćmienie słońca”

Wydarłam Ci
ostatni kąsek słońca
ze spierzchniętych ust
spływały jeszcze
lepkie promienie

Ty to słońce
w szepty zmieniałeś
pod ciepłym wzrokiem
w bezgłośnie mruczenie
Ty to słońce
ukradkiem skradałeś
spośród chmur
chowałeś przed cieniem.

A dziś?
Tak głodna
wyglądam przez okno.

-Patrz! Zaćmienie.

***

Kocham Cię, Skarbie.

Urzeczywistnić sny.

Reymont powiedział kiedyś:“Rzeczywistość jest z tej samej przędzy co i marzenia”. Jeśli ten niewątpliwie wielki pisarz miał pełną słuszność po swojej stronie, to dlaczego my, “przyziemna hołota” (za Mrożkiem), w tej naszej ziemskiej tułaczce wciąż narzekamy na tę naszą, XXI-wieczną ( ale i każdą, bo skargi nie rozwinęły się na przestrzeni wieków, a były cechą wrodzoną każdego człowieka ) rzeczywistość. Narzekamy na kolejną przegraną w Lotku, cierpimy na chroniczny brak pieniędzy, ulegamy przewlekłemu brakowi wiary w to, że cokolwiek na naszym globie może być lepsze, radośniejsze, pomyślniejsze. Lecz czym tak naprawdę jest narzekanie, jakim lichem, jak sądzimy przychodzącym z zewnątrz, skoro wszelka motywacja jest w nas samych? To w naszych zakurzonych umysłach śpią bezgłośnie aspiracje, marzenia, cele, których nie budzimy głośnym śmiechem, których nie podjudzamy do czynów patrząc w niebo, na słońce - światło naszego życia, zagłębiając wzrok w otchłanie oceanów - wodę, która daje byt. Czas ruszyć tę ludzką machinę, obudzić marzenia śpiące w nas i ucieleśnić je. Urzeczywistnić, bo -to zdaje się być niewiarygodne- wszystko jest możliwe, wszystko jest w zasięgu ludzkich dłoni.

Sny i czyny to ta sama przędza. Ta sama, moi kochani…

***

“Obudzić marzenia”

Budzę się ze słońcem
ze słońcem z łóżka wstaję
ziewam
przeciągam się
pod kołdrą
sen leniwy, jeszcze świeży
otulony ciepłem
zostaje.

Łóżka nie zaścielę
niech jeszcze sobie drzemie
sen cichy
sen sen tak błogi
niech śpi
dziecko, któremu nasze brzemię
rzucamy wciąż pod nogi.

Marzenia rzucamy
w łóżko rzucając ciało
śnimy
pragniemy
a ciągle nam mało

Mało siły,
by to dziecko
wprowadzić
w świat prawdziwy
mało wiary
w to, że niemowlę
będzie chodzić, mówić
za dużo obaw,
że nazwą fałszywym

za dużo zwierząt
wśród ludzkości
za dużo sępów,
co obgryzą jego ciałko
wiotkie
do ostatniej kości.

I śpi to dziecko
naszych marzeń
Główkę pełną aspiracji
zatapia w podusi
Rączki pełne werwy
ustka pełne słów
zamyka,
bo świat karze
zamyka, bo musi
Bo nóżki za krótkie,
za słabe
Bo pogoń za niczym
w ziemię go wtłacza

Biegnij więc, dziecko,
w przeciwną stronę
roznoś szczęście
marzenia w czyny przeistaczaj,
a nade wszystko
wbrew swym wrogom
przebaczaj, przebaczaj, przebaczaj.

***

Bo marzenia są dla ludzi…

Są dla ludzi, a więc i dla nas…więc czemu nie wybrać się na watę cukrową do luna parku? Daj rękę, Słonko, idziemy…

***

“Luna park”

Twoje pocałunki
miękkie, jak wata cukrowa
słodyczą do ust się wlewają

Twoje pocałunki
lepkie, jak wata cukrowa
są i są i końca nie mają

Na wargach cukier zostaje
świeży
przytopiony
w ustach smak zostaje
słodkawy
niedościgniony

Smak każdej radości
każdego strachu
cierpienia
W różowy puch ubrane
na patyku
marzenia.

Usiądziemy na boku
nad nami wspomnień karuzela
wiruje w oczach
słońce

Pan w sabotach cyrk otwiera
obok zaczynają koncert
uliczni grajkowie

Cukrowe pocałunki
w ustach się rozpływają
a z nim każde słowo, które powiesz
i słodycz powoli znika
chodź za mną, Kochanie,
z ciemności strzygi wypełzają,
a nam
do rzeczywistości czas umykać…

***

Wyroby wierszopodobne Pawła

Kolejność od najnowszego do najstarszego. :)

Jesteś…

Jesteś moim Szczęściem
Jesteś moją Radością
Jesteś mą Miłością
I cierpienia odejściem

Jesteś moją Ślicznotką
Jesteś moim Natchnieniem
Jesteś największym Pragnieniem
I pachnącą Stokrotką

Jesteś Bursztynkiem moim
Jesteś serca waleniem
Jesteś ciała drżeniem
A ja marnym sługą Twoim

Pierścionek

***

Kocham

Kocham…

Twoje włosy złote
Które wiatr rozwiewa

Twoje oczy głębokie
Błękitne niczym niebo

Twoje usta słodkie
Chciałbym pić z nich…

Twoje ciało cudowne
Pieścić pragnę je całe

Twoją dobroć, szczerość
Mówiącą mi prawdę

Twoją Miłość do mnie
Jej umysł nie ogarnie
Splecione dłonie
***

Twój

Nie, nie boję się.

Ściągam skrzydła.
Porzucam Niebo.
Schodzę na Ziemię.
Z Tobą.

Nie jestem już aniołem.
Jestem Twój.
Nie należę już do Nieba.
Należę do Ciebie.

Nie, nie boję się.

Zabierz mnie ze sobą.
Pokaż mi Ziemię.
Pokaż mi swoje miejsca.
Pokaż mi siebie.

Naucz mnie żyć.
Naucz mnie podziwiać.
Naucz mnie kochać.
Naucz mnie siebie.

Nie, nie boję się.
Skrzydła anioła na wieszaku
***

Uwertura Miłości

Siedzę sam w ciemności, w pokoju moim
Cztery jego ściany wokół, a na środku ja - monolit
Czekam aż się pojawisz, lecz i tak już tu jesteś
Bo choć ciało Twe daleko, to są tu Twa Dusza i Twe Serce.

Mój rozum krzyczy “Nie!”, serce szepcze “Tak.”
Rozum nie ogarnie serca, choćby próbował na wspak
I niech krzyczy, ile chce, nie zyska na tym nic
Bo ja serca słucham, i gdy jest w nim Miłość to rozum śpi.

Zdjęcie Twoje trzymam w dłoni, a po policzku łzy gonią się
Czy to łzy szczęścia, czy tęsknoty? I to i to siedzi w głębi mnie
Ale ocieram łzy, bo wiem doskonale, że Ty i ja
Jesteśmy jednością, nierozłączalną  częścią każdego dnia.

Wiem - boisz się, że to, co łączy nas to tylko etiuda
Lecz niepotrzebny ten strach - to, co mówię  to nie złuda
To, co między nami jest, to uwertura uczucia wielkiego
Kocham Cię, Aniele, jestem więźniem Serca Twojego.

Rysunek Ani

***

Głód wampira

Czerwona posoka spływa po mych ustach…
Płyń!
Płyń!
Płyń!

Ich martwe ciała dygoczą w konwulsjach…
Martwe!
Martwe!
Martwe!

Lecz wciąż mało mi, wciąż głód nie daje żyć…
Głód!
Głód!
Głód!

Oddaj mi siebie, z Twych tętnic pragnę pić…
Oddaj!
Oddaj!
Oddaj!

Ciebie, jedyną chcę mieć przy sobie…
Chcę!
Chcę!
Chcę!

Swoje jarzmo dać chcę tej nocy Tobie…
Dać!
Dać!
Dać!

Pragnę mieć Cię, jako wampirzycę przy swym boku…
Mieć!
Mieć!
Mieć!

Jako mroczną Królową, nie odstępującą mi kroku…
Mroczną!
Mroczną!
Mroczną!

Zamieszkaj w zamczysku moim, co na wzgórzu stoi…
Zamieszkaj!
Zamieszkaj!
Zamieszkaj!

Tam jest wiele do zwiedzenia komnat i pokoi…
Wiele!
Wiele!
Wiele!

Będziemy razem wyruszać na krwiste łowy…
Krwiste!
Krwiste!
Krwiste!

Jako dwie nierozłączalne połowy…
Tak!
Tak!
Tak!

Nosferatu

***

Deszczowe łzy

Złoty talerz chowa się za szare chmury,
Których łzy kwaśne moczą kamienic mury.
Opodal kamienic, w parku chłopiec stoi,
Na środku, w kałuży - on się deszczu nie boi.

W kałuży róża pływa, z koroną w czerwieni,
Kontrastu i piękna dodaje Jesieni.
Chłopiec klęka i ją podnosi, w ręce ściska
mocno tak, że kałuża czerwieni wnet zyska.

I już pierwsza kropla krwi, leci ku ziemi,
Leci wraz z kompanią - łzami deszczowymi,
Wpada wnet i deszczówkę karminem zdobi,
A woda krwi ulega i czerwona się robi.

Rusza chłopiec niepewnym krokiem, po woli,
Znacząc drogę krwią, lecz to go nie boli,
To boli serce poranione, spazmatycznie kołacze.
Kruk usiadł na gałęzi i zwinąwszy skrzydła kracze,

Skrzekiem zdaje się chłopca chcieć zatrzymać,
Lecz on tego nie słyszy i nogi jął rozpędzać,
Bieg rozpoczął, oczy jego łzami się zamgliły,
Nie widzi i nie słyszy - on pędzi do swej mogiły.

Wbiegł na ulicę, kruk z gałęzi się zerwał
I pędząc, powietrze niczym strzała przerwał,
Dopadł chłopca i uderzył skrzydłem w lico,
Młodzieniec otrzeźwiał, lecz widział wciąż nicość.

Oczy przetarł dłońmi, światu ostrość przywrócił,
Spojrzał w bok i zbladł, różę na asfalt rzucił,
Światła dwa widział, zbliżały się, raziły,
Słuch wrócił i uderzył hałasem zawiłym.

I nic już nie było, tylko ciemność hebanowa,
Później światłość jaśniejsza niż Supernowa,
Lecz nie raziła - była ciepła i pięknie pachnąca,
Wiosną i kwiatami wiśni, rozgrzanymi od Słońca.
Jesienny deszcz
***

Na przekór

Chcę umrzeć, a żyję…
Chcę dać życie, a zabiję…
Chcę kochać, a nienawidzę…
Chcę podziwiać, a się brzydzę…
Chcę dawać, a wciąż zabieram…
Chcę dotrzeć na miejsce, a nie docieram…
Chcę płakać łzami słonymi, a mimo to się śmieję…
Chcę wciąż wierzyć mocno, lecz już tracę nadzieję…

Chcę żyć, a Śmierć całuję…
Chcę zabić, a życie ratuję…
Chcę nienawidzić, a kocham…
Chcę się śmiać, a słono szlocham…
Chcę się brzydzić, a bardzo podziwiam…
Chcę nie dotrzeć na miejsce, a docieram…
Chcę zabierać, a daję, radując się szczerze…
Chcę stracić nadzieję, lecz wciąż mocno wierzę…

Maski z teatru

***

Moje serce

Moje serce - ranami poznaczone,
Czerwienią razi lecz tylko dlatego,
Ponieważ całe jest zakrwawione,
Pod krwi czerwienią nie ma niczego.

Pod krwią jest lód i jest kamień,
Jest ból, jest cierpienie, jest złość.
Dlatego proszę Cię, Ty je zamień,
Roztop je, bo zamarzło na kość.

Rozbij kamień, zniszcz go Miłością,
Rozpal serce, niech znów zapłonie.
Stań się, proszę znów jego radością,
Bo bić tylko dla Ciebie chce, Kochanie.

Tęsknię i kocham, lecz wciąż szlocham,
Smutek i ból ogarniają wciąż mnie całego,
Bo ja Ciebie najbardziej w Świecie kocham,
Lecz Ty, masz mnie tylko za przyjaciela swego.

Wciąż mam jednak nadzieję, że to zmieni się,
Że pokochasz mnie, że nadejdzie ten dzień,
W którym wrócisz do mnie i ocalisz duszę mą,
Przed staniem się nicością, bo bez Ciebie jest nią.

Zakrwawione pióro

To wszystko. :) Dziękuję tym, którzy dotrwali do końca. :)