Feeds:
Wpisy
Komentarze

Rozmowa (dys) kwalifikacyjna.

W życiu czasami są takie momenty, kiedy można w całej okazałości dostrzec, jak bardzo niekiedy jesteśmy niekompatybilni ze światem, jaki nas otacza. Albo ze środowiskiem, z jakim, bądź co bądź w niektórych sytuacjach przymusowo, musimy obcować.
A może tylko ja mam takie dziwaczne odczucia, bo może jestem zwykłym psychoneurotykiem.A pisał swego czasu wybitny znawca takiego charakteru, Kazimierz Dąbrowski, w swoim “Posłaniu do nawrażliwych”: “Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi (…) za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego co być powinno.” Nie czuję się pozdrowiona, bo raczej jest mi to kulą u nogi, a więźnia nikt nie zrozumie. Powiesić go i szydzić z niego – ot, taki Quasimodo dziejszych czasów wyrasta z ludzi takich, jak ja. Mam tylko szczęście, że znalazłam swoją Esmeraldę męskiego rodzaju.

Wracając jednak do tych momentów – ja taki dziś miałam, taki,który dla coponiektórych może zmarnowam, ale przynajmniej uświadomiłam sobie, na jak mało mnie stać. Być o krok od pracy, przejść szkolenie i… zrezygnować. Dla niektórych kompletny brak dojrzałości, dla innych głupota, dla jeszcze innych coś jeszcze innego. Tak bywa i może wstyd mi się do tego przyznać, że tak zrobiłam, może kiedyś będę tego żałować, ale na dzień dzisiejszy nie. Czy smutno mi? Trochę. Dlaczego, skoro nie żałuję tej decyzji? Bo nie będzie pieniędzy, by móc się wynieść z tego domu…

Ale nie mam zamiaru siłą przywiązywać się do czegoś, z czym na dłuższą metę nie wytrzymam. Jak mówiłam – przynajmniej wiem, na co mnie stać. Mówcie mi Quasimodo.

“Nie pierwszy, kto pożąda szczęścia”

A ty, któryś szczęściu mówił na ty,
czy do ciebie ono echem wróciło?
Czy rozległo się
po życiu twym,
jak po górach dolinach równinach
i w zakamarkach jaskiń twych
z upodobaniem błądziło?

Ty byłbyś może
bardziej szczęśliwy
Ty byłbyś morzem,
co zalewa równiny
płynną radością

A ona by ci na ty mówiła
kroplą radosną tobie by lśniła
w oczach
Gdyby nie zapach stęchłych moczar,
co gdzieś tam w tobie stoją
i na ty tobie mówią

A ty, któryś od nich odwrócił się plecami
czy one znikły, gdyś to uczynił
Czy nie zalały łąk odpadami
Tyś się za to wcale nie winił

Uprawiać ziemię żyzną jest łatwo

A człowiek z natury u ujść swego życia
w deltach ciała z mad się nie składa
bo być albo nie być
dziś jakieś sztubackie

Dziś gnić albo nie gnić
to patosu nada

A tak zbeszcześciłeś nawyki stare
Dzieckoś, a do matrony mówisz po imieniu,
a ona i tak miłość twą odepchnie
bo przecież platoniczna
zniknie w oka mgnieniu
Jakie urocze młodzieńcze miłostki
potrafią być postronnym
Jakie rozkoszne rumieńce na policzkach,
ta miłość dziewicza
wyznana słowem dozgonnym,
na amen.

A nie wiesz, że szczęście już zdeflorowane?

Obraz1

Ça ira!

Półmetek tego całego rabanu zwanego maturą właśnie obściskuje mnie z każdej strony. Bo chciało by się powiedzieć: “uff, połowa już odwalona”, ale zaraz wrodzony pesymizm karze myśleć, że to dopiero połowa, że te trzy kolejne egzaminy mogą w proch obrócić stres i wysiłek tych poprzednich. Ale podobno brnąć trzeba przed siebie bez względu na to, co dzieje się wokół nas. Trzeba akceptować zmiany, ale, co ważniejsze – samemu je wprowadzać, żeby potem nieświadomie nie zabrnąć aż w lepkie błoto tarapatów.

Tak więc szał zmian i zamiar przeczytania niemalże trzystu stronicowej książki w dwa dni ( owszem, o Stachurze, więc ciekawa, ale metafizyka nie ma szans, jeśli ciało, choć nafaszerowane kofeiną, zaczyna odmawiać poprawnego funkcjonowania ), tak więc ten właśnie szał zmian powolutku zaczyna przyprawiać mnie o vertige, jednak perspektywa pracy ( choć nie do końca satysfakcjonującej ), jednak pracy, która pozwoli zamieszkać nam razem, bierze górę nad tym całym błotem.

Maturą.

Kompleksami.

Akwizycją telefoniczną.

Brakiem wakacji.

I wszystkim innym, co przeklnę jeszcze w czasie tej wędrówki do śmierci. Bo i ja, jak chyba każdy z nas, ze średniowiecza wyniosłam nie tylko to, o czym piszą traktaty i encyklopedie, ale też ułamek genu homo viator.

No cóż, trzeba chyba pozwolić, by ten skorpionsowski wind of change powiał też w naszych głowach.

winde

***

A na koniec wiersz na pamięć naszego cyprysika, którego kupiliśmy w czasie świąt i miał być naszym malutkim dzieciątkiem, którego pielęgnować mieliśmy, jak kawałek siebie, żeby potem móc cieszyć się obserwując, jak rośnie, a którego nasz chyba egoizm doprowadził do rychłej śmierci. Szkoda go, naprawdę, dlatego te kilka słów właśnie dla niego.

“Lament cyprysa”

Na mnie też kiedyś przyjdzie czas
że konew wyschnie do cna
a wytarte ucho nie dosłyszy próśb
I jedynym pożywieniem
stanie się sypka rdza.

Roślinom nie daje się
prawa do eutanazji,
a wiatr przez szpary
nie strąci z parapetu
I gałązki
tak. kiedyś
skłonne do fantazji
zdusi opar
znad zgniecionych petów.

Podobno najlepiej umrzeć
śpiąc
Zamknąć płatki
zwinąć liście
Nie!
Niech ktoś wyrwie mnie stąd
Nie ma nieba
Nie ma piekła
Ziemia to czyściec.

Wciąż sucha,
a konew nadal nic nie mówi
Zaschło jej w ustach
pusta jest, pusta.

I dzień. I zasnąć
trudno jest w słońcu
Czas się posuwa wolno
nieprzerwanie
Lecz zmierza cicho
jedną nogą jest w końcu
lecz zaczyna znowu
swą cichą litanię.

Schnijcie korzenie,
dla was ciągle noc,
a przecież najlepiej
umierać śpiąc.

cyyys

A może uda się go jakoś odratować.

Podobno… Bo jak się można dowiedzieć w trakcie nauki w liceum dwujęzycznym o profilu francuskim, język ten jest nie tylko językiem miłości, ale może przysparzać o ból głowy, wycieńczenie podczas wbijania sobie do głowy tysiąca różnych czasów i innych tym podobnych, językiem, w którym nauczyciel może Cię zrównać z krawężnikiem albo i gorzej, językiem, który produkuje za dużo śliny i zaczynasz się dławić ( jeśli można mi użyć takiej niesmacznej metafory… ).

Ale przecież nie o podsumowaniu nauki w takowym liceum miałam w tym wpisie opowiadać. Choć i to pasowałoby zrobić, bo to przecież matura, ostatnia klasa, ale i to przecież też wolność. W końcu, bezpowrotnie nie będzie trzeba wracać do tej przeklętej szkoły.

Jednak by złożyć hołd temu językowi, którego Ci, którzy go nie znają, często przeceniają, postanowiłam w tym miejscu wstawić jeden z moich wierszy, który napisałam po francusku. Jeden z kilku. Chyba najbardziej udany. A więc, moi drodzy, maintenant, c’est en francais.

PS. I nie będzie to wiersz o miłości.

“Rien de nouveau”

Sous le soleil,

rien de nouveau:

les mêmes matelots

les mêmes bateaux

qui font naufrage

et pensent qu’ils sont,

mais ils n’existent pas

là-bas

sous les bandages

leurs blessures renaissent

encore

et mangent des mensonges

en pensant

qu’ils sont omnivores.


Donc sous les bandages,

rien de nouveau.

Seulement les piqûres

sont plus profondes

qu’avant

et plus de silence

sur les visages

des hommes qui renaissent

et puis font naufrage.



A niechże ta wiosna trwa wiecznie! – a może i banalnie, może nieoryginalnie, bo w ostatnich dniach wszyscy zdają się to myśleć, ale nie mogłam nie zamieścić tego wykrzyknienia na samym początku mojego wpisu.

Tak na mnie działa to słoneczko ( “Ty kochasz mnie, a ona nie… Czemu słoneczko, czemu tak jest?” – pisał niegdyś Stachura ), słoneczko przepięknie, szlachetniejsze od platyny, a i koloru niebrzydkiego, słoneczko ciepłe, słonko wiosenne, ale i to samo, identyczne, słoneczko, które sprawia, że ręce mam w krostkach i czerwieni. Ach, świeć słońce! Dla tych dni świeżych, pogodnych gotowam i ręce oddać, byleby móc je ( tzn. słoneczko, a nie rączki ) podziwiać w pełnej okazałości. Patrzeć w niebo, mrużyć oczy, a niech i one łzawią – tak jest pięknie.

Zmarnować taki dzień? Jak? Niemożliwą rzeczą dla nas usiedzieć taki czas piękny, bezpowrotny ( bo jakże dwa dni identyczne znaleźć w roku??? ), czas, na który wszyscy narzekają, że ucieka. I my uciec postanowiliśmy mu na trochę w miejsce, gdzie on płynie, jak Bagry na przeciwko. Gdzie płoną jego szczątki, jak krzaki gdzieś w oddali bezmyślnie podpalone. Gdzie sunie powolutku, jak ostatnie obłoki na niebie i jak one – rozpływa się monotonnie. Tak, tak – zmarnować taki czas – szkoda. Zabraliśmy więc nasz ekwipunek w plecak: koc, bułki, herbatę, muzykę – “Ratuj, słoneczko” też tam było, zabraliśmy nasze uśmiechy i miękki but i w drogę. Drogę też zabraliśmy ze sobą – szła za nami, pod nami, przed nami, aż w końcu uniosła nad torami i wiaduktem nad wodę nas wniosła.

pict0022

A i elektroniczny utrwalacz wspomnień zabraliśmy… I tak powstała nasza piosenka ( zainspirowana także wspólnym nadwodnym śpiewaniem SDM- u).

“Piosenka wiosenna”

Przycupnąć nad wodą na razie można,
bo ona zimna, jak lód.
Lecz chodź, zamocz nogi, poczuj, jak ziębi.
Nie szczędź zmęczonych Twych nóg.

Świat nas nie szczędzi, stresuje, i żegna,
bo kończy się życie czasem,
Więc idź, dajże słońcu opalić ramiona,
a potem skryj się w cieniu, pod lasem.

Tam nawet odkryjesz parzące pokrzywy,
Nawet Ty masz czasem dwie twarze.
Lecz pomyśl, że często zdarza Ci się przecież
kogoś pozbawić najszczerszych marzeń.

Przycupnij więc nad wodą ( bo to przecież można ),
popatrz, jak ona płynie.
Nie daj się namawiać, wejdź w to zimne życie!
Każde przecież ostatecznie minie.

Jak wyżej, oto i on:

“Przed oczyma duszy”

Usiadłszy na kanapie, przestała odczuwać, że ma nogi. Ciało, jak gdyby przekrojone na dwie części, niespokojnie zwaliło się na miękkie poduchy za plecami, a stopy pociągnęły łydki na podłogę. Oczami, kołującymi, jak sępy nad padliną, niemalże widziała, jak dolna część jej ciała spada w dół, jak rzecz każda inna, która znalazła się przypadkiem na skraju. Na krańcu czegokolwiek. Łapczywie chwytała się jakiegokolwiek punktu, na którym mogłaby zaczepić oczy. Najlepiej powiesić je tam na stryczku i nie widzieć już nic. Albo widzieć wszystko. Oczyma duszy. Czy gdzieś już tego nie słyszała? A, tak. To Shakespeare jakby usiadł bezgłośnie obok niej w śmiesznej koronkowej kryzie i w błyszczących bucikach spiętych kwadratową klamrą. Wydawało jej się, jakby mówił: “Zdaje mi się, że widzę. Gdzie? Przed oczyma…”. A więc i jemu się zdaje? – pomyślała i przetarła oczy. Moja dusza nie ma oczu! – krzyknęła w myślach – Jest ślepa i uwięziona w kalekim ciele, a ciało w kalekim świecie… William popatrzył na nią przerażony, sadowiąc jej nogi na właściwym miejscu. Jego przenikliwe oczy sprawiły, że dreszcz przebiegł jej po plecach. Była zimna i gorąca na przemian. Czego chce ta groteskowa zjawa? – pytała siebie, czując ciepło od niej bijące. Shakespeare już dawno umarł! Razem ze swoją słodką werońską parką poszedł prosto do piachu! – zdenerwowała się i tupnęła stopą o drewnianą podłogę, która skrzypnęła niemiłosiernie, jak Maria wzdychająca przed ukrzyżowanym Jezusem. Poczuła
wreszcie swoje nogi.
- Nogi damy już są sprawne – odezwał się nagle galanteryjnie William, po czym ze zdruzgotaną miną
rozpłynął się w powietrzu.
no3wo2

Wybaczyć, że oszpeciłam rysunkiem.

Dziś nieczynne.

Czas wolny chyba dla każdego jest zawsze polem do popisu, by trochę pofilozofować. “Pofilozofować” – to słowo wydaje mi się tu adekwatne, bo jak można nazwać inaczej refleksje, których sam nie jesteś pewien – dla Ciebie są niezwykle ważne, wydają Ci się szczerymi wynurzeniami z głębi serca tego, co zazwyczaj ukrywasz skrzętnie, a dla kogoś innego to będą kolejny raz jakieś dziecinne rozpisywania się o niczym. Oczywista, że nie chciałabym, żeby ktoś właśnie w taki sposób oceniał to, co piszę, ale to chyba nieuniknione: blogowiska to zbieranina ludzi różnego pokroju: wieku, wykształcenia, płci, poglądów i wszystkich tych rzeczy, które ludzi dzielą, ale też które ich łączą.

Dziś jednak raczej mało kto znajdzie ze mną wspólny język w tym wpisie: ferie zaowocowały nie tylko wstawaniem o 3.40 z moim Kochaniem, ale także rozległym źródłem rozmyślań tak naprawdę o tym, co było przed nimi, a co będzie po nich i nie tylko na krótkiej przestrzeni czasowej – okres znaczących zmian w moim życiu, w jakim się znalazłam,  jeśli tylko znajdę w nim takie dni wolne, jak ferie, zawsze będzie obfitował w to, co wywołuje we mnie największe wątpliwości. I o tym pisałam w ostatnim wpisie, a dziś…

Dziś nieco poważniej, może bardziej uniwersalnie, bo o nas. Nas wszystkich. Nie tylko o dziewiętnastoletnich dziewczynach na pograniczu liceum i studiów, domu rodzinnego i własnego, ja dziecinnego i dorosłego, ja tamtego, ja tego i ja przyszłęgo. Dziś o nas.

Dokładniej – czasem lubię wędrować po stronach www przepełnionych cytatami. Wzięło się to chyba od szukania  aforyzmów do opisu gg (co dziś wydaje mi się nieco głupawe – jeśli chciałabym coś komuś przekazać, po prostu staram się temu komuś to zwyczajnie powiedzieć ) a zostało mi do dziś – ciekawe są myśli, w których mieści się wszystko. Taką myśl, wypowiedzianą przez Goethego znalazłam dziś i pozwoliłam sobie dopowiedzieć do niej kilka słów. Oczywiście w formie wiersza:

“Pieśń do nieczynnych”

Tym razem to my
w jednakowych uniformach
zostaliśmy zaatakowani
w drodze do pracy
we własnych mieszkaniach
z dzieckiem na ręku
przy straganie z pomidorami.

Nie byliśmy dyplomatami.
Nie mieliśmy tyle wdzięku,
by opóźnić zgon
Chorobę bralibyśmy w objęcia,
gdyby od niego
Nas uratowała.

Nie pytaliśmy dlaczego.
Większość z nas nie pytała,
a inni powiadali
nasze transparenty
mówią wszystko.

Na święty Walenty
rozpaliliśmy ognisko
i każdy transparent spłonął jak zeszyt,
bo nasi powiadali
nasze transparenty
one są całe
białe

Nasze tętnice są zbyt małe
krew burzy się nam w oczach
inni powiadali, żeśmy wilkołaki
że szukamy picia i strawy.

I oni mieli obawy!
Tak, szukaliśmy!
Lecz żadna z pikiet nie poskutkowała.
My z transparentem,
a oni – twoja tętnica zbyt mała.

I znikały litery powoli
co drugi kapuś wymazywał prawdę
Okulary zakładał na oczy krwiste.

Mówił: kocham
Myślał: błaznem jesteś – oczywiste.

I szliśmy tak przez miasto
spętani
dzieci raczkowały za nami wychudzone
pomidory na przecier zdeptane
wymówienia, jak białe gołębie
fruwały nad nami.

Co rusz – ktoś dostawał po gębie
za podniesiony z bruku wilgotny papieros
Inni powiadali – to obił go jeden z waszych

nasi tego nie ukrywali.

Kiedyś nas widziałeś:
z lufą przy głowie szliśmy
przez twoje miasto.
Witała nas wiosna soczysta
Żegnała katedra nadobna

Kolumną w objęcia Twoje szliśmy,
szara kolumna żałobna
jak do Mikołaja,
lecz bolało
bardziej, niż gdyby rózgą łajać
A podarunków nie było.

Powiedzcie…Powiedzcież nam od razu!
Lecz zmuszano nas do błądzenia
z głowami w dół
Słabsi szeptali: powiadomcie żonę…
I zginali się w pół
Zaszeptał ktoś i złapał się za brzuch:
“Życie nieczynne jest to śmierć przed zgonem.”
Goethe, Goethe niewdzięczniku!
Tyle jest biernych na świecie,
a Ty sprawiasz, że ulatuje im duch.


A teraz spytaj siebie: Czy ja jestem nieczynny?

Kupować miłość.

To niesamowite, jak bardzo zmienić się może rodzina. Lub być cały czas inną niż Ci się wydawało, ukrywając to skrzętnie. No,  może czasem, siedząc samemu w pokoju za zamkniętymi drzwiami, dało się usłyszeć kilka, kilkanaście….kilkadziesiąt… niemiłych słów.

To niesamowite, jak ludzie, zwierzęta obdarzone przecież uczuciami, kupują je sobie u innych. Tyle czasu. Tyle czasu żyć w błędzie i nie widzieć prawdy. Tylko trwoga i ogromna wściekłość, której nie ma, gdzie wyładować pozostaje. Pozostaje i burzy się w Tobie, jak woda w czajniku elektrycznym. Ale tym razem nie wypijesz gorącej herbaty – czeka na Ciebie gorzki szatan z najtańszej kawy. Albo cebula młoda. Taka, co szczypie najwięcej, bo przecież w razie, gdy ktoś zobaczy, jak cicho łkasz, masz usprawiedliwienie – kroiłeś cebulę.

I co zrobić? Akurat, gdy staję przy jednych z najważniejszych wyborów w moim życiu, akurat wtedy to nasiliło się jeszcze bardziej. Co zrobić? Iść w jedną stronę, w tę, na którą liczą bliscy i tę, w którą idą wszyscy równieśnicy, lecz nadal obcować z tymi, którzy burzą w Tobie uczucia, czy podążyć w stronę drugą – rzucić to, czego wszyscy ode mnie wymagają, pójść własną ścieżką i żyć w spokoju?

Nie wiem, co robić… Iść na studia i codziennie dostawać ataku nerwicy, czy do pracy i znaleźć lokum daleko od ludzi, w których burzą się nie nerwy, lecz hipokryzja?

Co robić, do cholery…

Roztrzaskana jestem na dwie połowy i dwa cherubiny, oba identyczne siedzą mi na przeciwnych ramionach i mówią coś innego. Lecz każda z ich wypowiedzi ma plusy i minusy, wady, zalety, desavantages et avantages, cechy dobre i złe, vitium et virtus.

Mało czasu zostało na przemyślenie tego wszystkiego. Coś trzeba wybrać, ludzie się przecież nie zmienią.

Póki co wstawię tu jeden ze starszych wierszy, który kiedyś tam napisałam i zgubił się i szalałam z żalu, że się zgubił i go odnalazłam i jest… Tak dla przeciwwagi.

“Święcenie”

Niedziela minęła,
jak nie
niedziela
jak sen rozkoszny
płynący w pościelach
jak słodycz
najmilsza
miodu.

Niedziela minęła,
jak nie niedziela
Daleko od okna
w szronowych wzorach.
Daleko od chłodu.

I niech usnąwszy
nie zagubię
snu
w pościeli miękkiej
w tym stosie piór

W miękkości chmur
niech nie zasnę
twardo.

Niech róża
przy łóżku
związana kokardką
nosa nie zabałamuci.

Niech słyszę,
jak coś
nad moim nosem
nucisz.

Niech słyszę tykanie
budzika.

Niedziela była
i powoli znika.
Jej dane zakłamane
w spalonych metrykach
ktoś ciągle chciałby
zmieniać,
powielać,
a ona ginie, ginie
w pościelach.

I mija niedziela,
jak nie niedziela
zwabia porankiem
do poduch nęci.

Leżmy, Kochanie -
dzień święty należy święcić.

81b

Łyk musujących przemyśleń.

Święta, święta i po świętach. Po szampańskim ( albo i nie ) Sylwestrze też niewiele pozostało. Oprócz opuchniętej twarzy od długiego spania i problemach żołądkowych po natłoku warzywnych koreczków i ananasowca ( który wydawszy się być niewypałem, wyszedł z opałów cało jako przepyszny placek domowej roboty ).

I to chyba jedyne wspomnienia. Jak co roku święta zaczęły się z pompą i skończyły niezbyt imponująco. Tak zresztą też przebiegały, bo parę rzeczy, paru ludzi wydawało się znajdować nie na swoim miejscu, przez co psuły to, co ci, którzy byli na swoich adekwatnych miejscach przygotowywali z sercem i z nadzieją na lepsze.

Może innym pozostały cenniejsze pamiątki po tych świętach? Konsole PS, skórzane portfele, rękawiczki z polarteksu, Chanel numer 5, samochody, loty balonem nad Krakowem, lalki Barbie, fotele bujane, pachnidełko do samochodu, wycieczka do Paryża?
Dla kogo cenniejsze, to niech już sobie sam zdecyduje…

Ale przyzwyczaiłam się do słów, które kiedyś tam wpadły mi do głowy i nie mogą stamtąd się wydostać. A brzmią one następująco:

Tak to bywa, że jak jednemu przybywa, to drugiemu ubywa.

Brzmi durnie – rym częstochowski, ale co poradzić? Tak to już bywa.

Jednak pomimo tego wszystkiego, co wstukałam w czarną klawiaturkę Pawła, zostawiam tu wiersz. Nie tak świetny, jak “Ballady i romanse”, ale optymistyczny ( tak mi się wydaje ) – “Dekady i kwadranse”:

“Dekady i kwadranse”

Wstań,
na nas już czas.
Pocałunek w czoło
zbudzi Cię z letargu.
Przywróci do jednej
z kilku milionów
jaw
Skropli zmęczenie
śpiące na karku.

Wstań,
a z czasem zobaczysz,
że może rentowny był
ból podnoszenia powiek,
że choć przód wstydliwy’
to ostateczny tył
ozdobi piękne
dumne posłowie.

Wstań.
Weź szkiełko i oko,
weź serce,
weź buty
weź ducha pogodę
Weź torbę głęboką
w niej siłę
w niej złoty miód na osłodę

Wstań.
Bo ból głowy kiedyś minie
jak szarówka
zimowa za oknem,
A w chwili,
gdy we łzach giniesz,
powiesz:
“Spójrz, Jezu, jak moknę”.

I wypłyniesz na sam brzeg
swoich łez
i on Ci powie:
Wstałeś
I on Ci powie:
płakałeś
Nie dosięgnie Cię żaden bies
I on Ci powie:
czekałeś
lub nie.

Lub zgubiłeś się
wśród wskazówek
Wśród dekad płynących
przez palce.
Lub zatraciłeś się
( a sam nie wiesz, jak )
w morderczej
patowej walce

Przyznaj się -
z wiatrakami
Pokłóciłeś się,
gdy brakło Ci czasu
z upartymi kwadransami.

Wstań,
jeszcze zdążysz
Przecież pociąg
odjeżdża
cyklicznie.
Rozejrzyj się dookoła
nie jest pusto
nie jesteś sam
Przybyliście tu licznie
rodzina przyjaciele
przyjaciele rodziny

Wszyscy
bez wyjątku
zatraciliście swe godziny.

Wstańcie.

Wstań, Kochanie.
Mały mechanizm budzika,
a czas można nim cofnąć,
przyciśnięciem
jednego guzika.

Szkoda czasu
na szukanie
zgubionych wskazówek
na sklejanie
rozdartych połówek

Wstań,
na nas już czas
trzeba już iść,
choć pod stopami trzask
spalonych szczątków
czasu
W połowie drogi
naszego żywota
pośród ciemnego
znaleźliśmy się lasu.
Godzinę tu wyznacza
zmurszały pień,
lecz wstaliśmy i idziemy.

Wstańcie, idźcie,
jest czas,
by nadrobić
każdy stracony dzień.

No i cóż więcej powiedzieć niż:

“W połowie drogi mojego żywota pośród ciemnego znaleźliśmy się lasu”
/pierwsze słowa drugiej części “Boskiej Komedii” Dantego – Piekła/

A wszystkim, którzy to czytają życzę tylko szczęścia.
Tylko i aż bo tylko w tym uczuciu mieści się wszystko… Wszystkie “a przede wszystkim zdrowia”, wszystkie ” i dużo dużo miłości”, każde życzenie wygranej w totka tam się właśnie mieści.
Szalom!

Kilka dni temu miałam okazję pozwiedzać naszą stoliczynę. “Stoliczynę” mówię, bo szarość niektórych jej ulic i dość niemiłe nastawienie niektórych warszawiaków tak mnie do niej nastawiło. Co nie znaczy, że ta “stoliczyna” to taka w 100% nieprzyjazna Warszawa. Otóż, spacerując jej uliczkami wraz z kilkoma świetnymi znajomymi, odnaleźliśmy tę cząstkę Warszawy, choć odbudowaną przecież niedawno, tę cząstkę, gdzie śpi spokojnie jej dusza, jej dusza przedwojenna, wybrukowana, z długimi, kościelnymi ławami, w których można usiąść i pomyśleć, że ten stereotyp stolicy, jaki często się słyszy, w Krakowie chyba w szczególności, stolicy szarej, całkowicie odbudowanej, pozbawionej krzty dawnych czasów, zabytków i innych przedwojennych pamiątek, ten stereotyp może zostać śmiało obalony.
A teraz jestem w Krakowie i, choć może moje krakowskie towarzystwo, choć może lokum, w jakim przyszło mi spędzać warszawskie noce, było nie takie, jak bym tego chciała, nawet w minimalnej wersji, to nie żałuję, że pojechałam – lubię obalać stereotypy.

“Warszawski sen”

Zaskoczyłaś mnie
polska stoliczyno
Zaskoczyłaś mnie
kopio syrenki

Że gdzieś w sobie
masz jeszcze serce, co bije
I czy to zasługa budowniczych
Czy najświętszej Panienki

Duch twój stary w tobie żyje.

Żyje w tobie jeszcze
czołg, co zwalił Twoje mury
Pielęgnujesz to

Co cię hańbiło.

Warszawo
Ten sen
warszawski sen
To nie to,co Ci się wyśniło.

To nie tych kilku samobójców
na jedynej wieży pałacu
Z głowami w odłamkach
i szkarłacie

W powojennym kacu niema
Nie możesz krzyknąc:
Żyjcie tym, co teraz macie
Kochajcie to, co znacie,
A nie – czego potrzebujecie.

Wokół kolumny ciżba się gniecie
To Ty, tak, tak, Ty, przeniosłeś stolicę
Z tamtego biegu Wisły
Wynurzyła się syrenka,
Jak wojenka
Jak wojenka

Zaskoczyłaś mnie
polska stoliczyno
Zaskoczyłaś mnie
kopio syrenki

Że gdzieś tam jeszcze
z młodym powstańcem
spaceruje duch twój
zgarbiony
stareńki.

p27-11-08_1334

Pani Hanno G.-W., opiekujże się pani swoim miastem troszkę bardziej.

Ktoś coś przy stole majstruje.

Paweł siedzi przy stole, nieuważnie studiuje książkę z origami, i zagina w dłoniach biały, nierówno wycięty arkusz papieru. Z kartki powoli, krok za krokiem wyłania się skorpionik. Nieforemny, troszkę krzywo zgięty.

A mi przypadkiem kredki pod rękę się przyturlały, przypadkiem jakiś długopis wydostał się z piórnika i prosił, by dać mu troszkę pożyć.

Wzrokiem więc opuściłam skorpionka obracającego się w dłoniach Misiula i tak jakoś powstało to coś, co widać poniżej.

szkan

Kocham Cię, Kwiatuszku.

Starsze wpisy »