Czas wolny chyba dla każdego jest zawsze polem do popisu, by trochę pofilozofować. “Pofilozofować” – to słowo wydaje mi się tu adekwatne, bo jak można nazwać inaczej refleksje, których sam nie jesteś pewien – dla Ciebie są niezwykle ważne, wydają Ci się szczerymi wynurzeniami z głębi serca tego, co zazwyczaj ukrywasz skrzętnie, a dla kogoś innego to będą kolejny raz jakieś dziecinne rozpisywania się o niczym. Oczywista, że nie chciałabym, żeby ktoś właśnie w taki sposób oceniał to, co piszę, ale to chyba nieuniknione: blogowiska to zbieranina ludzi różnego pokroju: wieku, wykształcenia, płci, poglądów i wszystkich tych rzeczy, które ludzi dzielą, ale też które ich łączą.
Dziś jednak raczej mało kto znajdzie ze mną wspólny język w tym wpisie: ferie zaowocowały nie tylko wstawaniem o 3.40 z moim Kochaniem, ale także rozległym źródłem rozmyślań tak naprawdę o tym, co było przed nimi, a co będzie po nich i nie tylko na krótkiej przestrzeni czasowej – okres znaczących zmian w moim życiu, w jakim się znalazłam, jeśli tylko znajdę w nim takie dni wolne, jak ferie, zawsze będzie obfitował w to, co wywołuje we mnie największe wątpliwości. I o tym pisałam w ostatnim wpisie, a dziś…
Dziś nieco poważniej, może bardziej uniwersalnie, bo o nas. Nas wszystkich. Nie tylko o dziewiętnastoletnich dziewczynach na pograniczu liceum i studiów, domu rodzinnego i własnego, ja dziecinnego i dorosłego, ja tamtego, ja tego i ja przyszłęgo. Dziś o nas.
Dokładniej – czasem lubię wędrować po stronach www przepełnionych cytatami. Wzięło się to chyba od szukania aforyzmów do opisu gg (co dziś wydaje mi się nieco głupawe – jeśli chciałabym coś komuś przekazać, po prostu staram się temu komuś to zwyczajnie powiedzieć ) a zostało mi do dziś – ciekawe są myśli, w których mieści się wszystko. Taką myśl, wypowiedzianą przez Goethego znalazłam dziś i pozwoliłam sobie dopowiedzieć do niej kilka słów. Oczywiście w formie wiersza:
“Pieśń do nieczynnych”
Tym razem to my
w jednakowych uniformach
zostaliśmy zaatakowani
w drodze do pracy
we własnych mieszkaniach
z dzieckiem na ręku
przy straganie z pomidorami.
Nie byliśmy dyplomatami.
Nie mieliśmy tyle wdzięku,
by opóźnić zgon
Chorobę bralibyśmy w objęcia,
gdyby od niego
Nas uratowała.
Nie pytaliśmy dlaczego.
Większość z nas nie pytała,
a inni powiadali
nasze transparenty
mówią wszystko.
Na święty Walenty
rozpaliliśmy ognisko
i każdy transparent spłonął jak zeszyt,
bo nasi powiadali
nasze transparenty
one są całe
białe
Nasze tętnice są zbyt małe
krew burzy się nam w oczach
inni powiadali, żeśmy wilkołaki
że szukamy picia i strawy.
I oni mieli obawy!
Tak, szukaliśmy!
Lecz żadna z pikiet nie poskutkowała.
My z transparentem,
a oni – twoja tętnica zbyt mała.
I znikały litery powoli
co drugi kapuś wymazywał prawdę
Okulary zakładał na oczy krwiste.
Mówił: kocham
Myślał: błaznem jesteś – oczywiste.
I szliśmy tak przez miasto
spętani
dzieci raczkowały za nami wychudzone
pomidory na przecier zdeptane
wymówienia, jak białe gołębie
fruwały nad nami.
Co rusz – ktoś dostawał po gębie
za podniesiony z bruku wilgotny papieros
Inni powiadali – to obił go jeden z waszych
nasi tego nie ukrywali.
Kiedyś nas widziałeś:
z lufą przy głowie szliśmy
przez twoje miasto.
Witała nas wiosna soczysta
Żegnała katedra nadobna
Kolumną w objęcia Twoje szliśmy,
szara kolumna żałobna
jak do Mikołaja,
lecz bolało
bardziej, niż gdyby rózgą łajać
A podarunków nie było.
Powiedzcie…Powiedzcież nam od razu!
Lecz zmuszano nas do błądzenia
z głowami w dół
Słabsi szeptali: powiadomcie żonę…
I zginali się w pół
Zaszeptał ktoś i złapał się za brzuch:
“Życie nieczynne jest to śmierć przed zgonem.”
Goethe, Goethe niewdzięczniku!
Tyle jest biernych na świecie,
a Ty sprawiasz, że ulatuje im duch.

A teraz spytaj siebie: Czy ja jestem nieczynny?